Darmowa dostawa na zamówienia już od 100 zł
Zadzwoń do nas: +48 604 117 453

JanoSport Team Legnica

Relacja z 37. Mainova Frankfurt Marathon

28 października odbył się 37. Mainova Frankfurt Marathon, z udziałem Rafała Bardzińskiego, który wybiegał czas 2:45:40! Nasz zawodnik zajął 387 miejsce, pośród 13934 biegaczy, którzy ukończyli bieg! 

Prezentujemy relację Rafała:

Sobota:

Do Frankfurtu udaliśmy się z Anią w przeddzień biegu. Kilka godzin w samochodzie i około 13:00 byliśmy już na miejscu... jeszcze tylko kilka okrążeń w okolicach hotelu, żeby znaleźć miejsce parkingowe - masakra! Na szczęście w końcu się udało... i to tylko z 400 m od hotelu :)

Po godzinie 14:00 udaliśmy się do biura zawodów, do którego z hotelu mieliśmy tylko kilometr (wiedziałem gdzie rezerwować nocleg :D). Gdy weszliśmy do hali, to nie wierzyłem własnym oczom... w tak długiej kolejce to nie stałem NIGDY! Pierwsza myśl - "to za takie kolejki IAAF przyznaje te "złote odznaki?". Na szczęście szybko okazało się, że ta kolejka idzie bardzo sprawnie, a numery drukowane są "od ręki", dzięki czemu nie trzeba czekać, aż odnajdą ten właściwy. Numer odebrany, teraz po resztę pakietu - tu bez kolejek - i na Pasta Party.
Dla zainteresowanych - w pakiecie gąbka, guma do ćwiczeń, pasta do zębów, batonik proteinowy, piwko radler 0%, butelka wody i oczywiście cała masa ulotek. Wszystko zapakowane w wygodny worek, który od razu jest workiem depozytowym.
Pasta Party usytuowana była w hali, gdzie nazajutrz mieliśmy finiszować. Makaronik mógłby nieco lepiej smakować, ale było zjadliwie :D Porcja na tyle syta, że zjedliśmy z Anią na spółkę. Do tego dawali bezalkoholowe piwko "no limit", tak więc skromnie po "jednym małym" i do hotelu...

Wychodzimy już z hali, ja cały czas zajarany z numerem w ręku, a nagle coś mnie tknęło! Mówię do Ani - "ciekawe czy chociaż agrafki spakowali". Szybkie przeszukiwanie worka - nie ma. "Wracamy do biura!" Idziemy tam gdzie drukują numery - leżą w małym pudełeczku. Jestem uratowany :)
Nawet nie chcę myśleć, co by było gdybym się zorientował dopiero rano, podczas przypinania numeru... Na przyszłość zawsze będę miał swoje, tak na wszelki :)

Jeszcze tylko szybkie zakupy i wracamy do hotelu wypoczywać. Paczka biszkoptów na kolację i jeszcze przed 22 idziemy spać.

Niedziela:

Zmiana czasu i ta noc była dla mnie zdecydowanie za długa... Obudziłem się ok. 3:15 i już do 6:30 spałem "na raty". Śniadanie o 7:20 i tutaj nie ma mowy o kombinowaniu - dwie kajzerki z dżemem. Nigdy mnie nie zawiodły i niech tak zostanie :)

Po śniadaniu ubrałem się od pasa w dół w strój startowy. Góra jeszcze "cywilnie" i w grubej kurtce i czapce wyszedłem na krótki spacer. Jest cholernie zimny wiatr, ale siła umiarkowana. Około 10-15 minut i do hotelu wracam na dwie godziny przed startem.

Kilka ostatnich czynności - toaleta, smarowanie pach i pachwin, plasterki na sutki i ubieranie w resztę stroju startowego. Około 8:45 idziemy do samochodu zostawić nasze bagaże. Przy okazji przestawiamy auto bliżej, bo zrobiły się wolne miejsca i ruszamy w stronę startu.

Około 9:25 zjadam żel energetyczny i ruszam na krótką rozgrzewkę. 1,2 km narastającym tempem, kilka skipów, trochę rozciągania i zdejmuję dres, zostawiając na sobie starą bluzę "spisaną na straty". Żele energetyczne chowam do rękawiczki :D

Start:

15 minut przed startem wbijam się do strefy startowej, żeby uniknąć późniejszych "zatorów". Podobało mi się, że była "kontrola na bramkach" i każdy musiał wejść do swojej strefy, wybranej w zgłoszeniu.

10 minut do startu - wyrzucam bluzę przez barierki i czekam. Śmiesznie wyglądały ciuchy latające nad głowami biegaczy, ale było tak zimno, że sporo ludzi zastosowało "metodę starych ubrań" :)

Ostatnie odliczanie i o 10:00 ruszamy! Pierwszy kilometr to tradycyjnie przeciskanie się między ludźmi, ale udaje się go zrobić w 3:58 i już mam na tyle miejsca, żeby biec po "blue line", czyli optymalnej linii biegu, wyrysowanej na trasie. Na drugim kilometrze wyprzedzam kogoś w polskich barwach - życzę mu powodzenia i lecę dalej w swoim tempie.
Już na trzecim kilometrze pojawił się pierwszy problem... coś zatrzeszczało... spoglądam na numer, a ten się zerwał z górnej agrafki! Biegniemy trochę pod wiatr, więc numer "przykleja się" do brzucha. Niestety przy bocznych podmuchach jest spore ryzyko, że mi go zerwie całkiem. Mijam matę na 5 km w czasie 19:19, czyli zgodnie z planem.

Od razu po minięciu maty mówię sobie "muszę go przypiąć!". Ściągam rękawiczkę i biegnąc w tempie 3:50/km zaczynam walczyć z numerem. Udało mi się dosyć szybko go przypiąć. Kolejne kilometry bez historii... podpinam się na dwa do Niemki, która miała swojego pacemakera. Prowadził bardzo fajnie, ale dla mnie minimalnie za wolno, więc ruszam dalej. Dziesiąty kilometr pod górkę i dychę zamykam w 38:45. Ta piątka nieco wolniej, ale cały czas jest ok.

Między 10 a 15 km było trochę zbiegów, więc tempo nieco wzrosło. Po przebiegnięciu 12 km zjadam pierwszy żel. Od 10 km biorę łyk wody niemal na każdym punkcie, a te były co 2,5 km. Piętnastka wpada w 57:45, czyli jest wyraźne przyspieszenie.

Na początkowych kilometrach biegło mi się dosyć ciężko, ale z każdym kolejnym było coraz lepiej - pewnie mięśnie się dogrzały. Tutaj już na pełnej swobodzie biegłem w tempie 3:45-3:50.
20 km mijam z czasem 1:16:45, a półmaraton zamykam w 1:20:54. Średnie tempo na półmetku, to 3:50, czyli idealnie tak, jak zaplanowałem.

Jeszcze 3 km fajnego luźnego biegu i zaczynają się pierwszy kłopoty. Na 24 km podbiegamy pod jakiś wiadukt - jest pod górkę, do tego bardzo mocno wieje w twarz, ale zjadam drugi żel i dalej robię swoje. 25 km z czasem 1:35:47. Bardzo minimalne zwolnienie.

Na 27 km znowu podbieg i zaczynam mieć powoli dosyć. Nogi mocno sztywnieją, ale zaraz będzie zbieg, to odpocznę... niestety na zbiegu zawiewa w twarz i tyle z mojego odpoczynku. 29 km robię w 3:55 i czuję, że lecę na oparach, a meta tak daleko... Oddechowo jest super, ale nogi wyraźnie mają dosyć. Na trzydziestym kilometrze mam wrażenie, że już tylko truchtam. Ostatni żel mam na 34 kilometr. Szybka analiza sytuacji i w myślach "żryj ten żel, póki nie jest za późno!" Zjadam i trzydziesty kilometr mijam w 4:01, choć wydawało mi się, że ledwo truchtam. 30 km w 1:55:22, czyli 22 sekundy straty w stosunku do tego, co planowałem.

Teraz długa 4-kilometrowa trasa. Cierpię coraz bardziej. Kilometry w tempie 4:01-4:05, a ja mam wrażenie, że to już nawet nie jest bieg. Wyprzedza mnie coraz więcej biegaczy... ja też wyprzedzam, ale nie tak często. 35 km w czasie 2:15:38. Do mety zostało tylko i aż 7 km, a ja mam dosyć! Kompletnie nie wiem na jaki wynik biegnę... zaczynam coś tam liczyć, że do złamania 2:50 wystarczy dotrwać w tempie ok. 4:45. Nie wiem czy dobrze policzyłem, ale nie ważne - biegnę dalej.

36 km robię w 4:05, a na następnym przebiegamy w okolicach mety. Chyba głowa odebrała to jako końcówkę męki, bo 37 km zrobiłem w 3:56 - najszybciej od dawna! "Może żel zadziałał!" Do mety zostaje 5 km i zaczyna się prawdziwa walka z organizmem! Czuję przykurcze w mięśniach, przeskakuje szybko z jednej nogi na drugą, tak żeby uniknąć porządnego skurczu. Kilometry trwają wieczność - 4:19, 4:14. Na czterdziestym dobiegam do punktu z wodą i staję! Piję spokojnie, naciągam mięśnie i ruszam w kierunku mety. Ten kilometr w 4:31, a na macie pomiarowej - 40 km w 2:36:45. Jest szansa na 2:47!

Przedostatni kilometr robię w 4:14 chyba tylko głową... A jak już jesteśmy przy głowie, to gdy zobaczyłem nad głową bramę z magicznym "1 km", to zadziałało to na mnie jak płachta na byka i odpaliłem! Odpaliłem wszystko co miałem! Wiedziałem, że dam radę poniżej 2:46! Nogi zupełnie przestały boleć, gnałem do mety wyprzedzając, tak jak wcześniej wyprzedzano mnie! 
Do mety zostało z 300 metrów! Widzę Anię, która nagrywa moje ostatnie chwile tej męki! Uśmiecham się, macham, jestem szczęśliwy - zupełnie inny człowiek niż 15 minut wcześniej! Przy znaczniku "42 km" odbijam kilometr w 3:57 i sam nie wierzę, że tak mocno przyspieszyłem. Skręcam w lewo i wbiegam do hali! Czerwony dywan, mnóstwo świateł, cała hala w kibicach. Niesamowite sprawa! To trzeba przeżyć samemu :) Unoszę ręce w górę i kończę swój drugi w życiu maraton - tym razem w 2:45:40! Prawie 22 minuty urwane z życiówki, piękna sprawa!

Zataczam się w kierunku wyjścia, po drodze wypijając herbatę, colę i piwo bezalkoholowe (fajna mieszanka :D). Przed wyjściem dali mi jeszcze jakąś czekoladkę w kształcie serduszka i tutaj chyba nie muszę dodawać, komu ją dałem :) Wspaniale mieć takie wsparcie w ukochanej osobie :)

Po biegu jakoś doczłapałem do auta i udaliśmy się w 650-kilometrową podróż do domu... w sumie to nawet spoko się prowadziło :D

No i na koniec :)

Nawet nie wiecie jaka to wspaniała sprawa, gdy wchodzę zaraz po biegu na Facebooka, a tam mnóstwo postów, komentarzy itp. z moim wynikiem i gratulacjami! :) A po moim poście i kilku godzinach podróży, posypało się tak wiele gratulacji, że myślałem, że tego nie ogarnę! Na szczęście udało mi się przeczytać wszystkie "na dobranoc".

Dziękuję Wam wszystkim za trzymane kciuki i gratulacje! Jesteście wspaniali!

Fotki:

Kolejeczka w biurze zawodów :)

Ostatnia prosta ;)

"Rafa?" :D

Człowiek spełniony :D

Medalik :)

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów