BEZPŁATNA DOSTAWA WSZYSTKICH ZAMÓWIEŃ!
Zadzwoń do nas: +48 604 117 453

Legniczanin w biegu

25. Volkswagen Prague Marathon - Relacja


Foto: Ania <3

Moja przygoda z Pragą, zaczęła się w grudniu, gdy otwarcie ogłosiłem, że to tam jadę rozprawić się z 2:40. Słowa dotrzymałem! :)

Zapisując się na ten maraton, trochę ryzykowałem, bo start odbywa się na początku maja, więc przygotowania były baaardzo długie, a do tego maj to jednak pogodowa zagadka... mogła być już niezła patelnia.

Co do przygotowań, to nie będę się tutaj rozpisywał, bo być może napiszę osobne podsumowanie, więc nie ma co przynudzać ;)

Do stolicy Czech zawitaliśmy w sobotę, kiedy to po odbiorze pakietów, wystartowaliśmy w Biegu Rodzinnym. Pogoda była beznadziejna, ale byliśmy w super humorach i naprawdę bardzo dobrze się bawiliśmy!
Po biegu jeszcze szybkie zakupy i piwko do kolacji, żeby się zrelaksować przed tym, co czekało nas w niedzielę... :)


Pobudka o 5:50 i od razu najważniejsze, czyli toaleta. Potem moje standardowe śniadanie, które nigdy mnie nie zawiodło - dwie bułki z dżemem. Następnie krótki spacer, a przy okazji zakup espresso na stacji benzynowej. Powrót do hotelu na ostatnie poprawki i o 7:20 ruszamy.

Metro mieliśmy tuż obok hotelu, ale... jakieś 50 metrów nad głową, więc mieliśmy sporo dymania po schodach, w ramach rozgrzewki :D Bardzo sprawnie docieramy do Starego Miasta i mamy komfortowy zapas czasu, żeby obczaić "co i jak".

Godzina 8:25 i ruszamy na rozgrzewkę. Niecałe półtora kilometra truchtu, trochę ćwiczeń i byłem gotowy. Uznałem, że skoro zakładam rękawiczki, to znowu schowam do nich żele, a co za tym idzie - nie potrzebuje kieszonki w spodenkach i szybko przebieram się w nasze klubowe. Jeszcze obowiązkowe siku i na kilka minut przed startem, wbijam do strefy startowej.

START!

Przez ostatnie minuty przed startem, powtarzałem sobie w kółko - "pół roku zapieprzałeś, żeby TO zrobić!".
Po starcie musiałem się sporo przebijać i pierwszy kilometr odbiłem... w 3:35 - natychmiast zapaliła się lampka, że długo to ja tak nie pobiegam :D
Wskoczyłem na właściwe tempo i przebijałem się do przodu, w poszukiwaniu odpowiedniej grupki. Na trzecim kilometrze wbiegamy na Most Karola i pomyślałem sobie "a więc to jest ten most!" :D Pewnie Was zaskoczę, ale moje pierwsze spotkanie z Mostem Karola, to te na trasie maratonu :D
Pierwsze 5 km odbijam w 18:40, a więc już mam około 15 sekund zapasu i zaczynam się zastanawiać, czy nie zwolnić, bo mogę tego pożałować...

Złapałem grupę prowadzoną przez pacemakera jakiejś biegaczki z Ostrawy (jak się później okazało - została mistrzynią Czech). Wiedziałem, że jak tempo będzie mi odpowiadało, to znalazłem się w idealnym położeniu, bo miałem ciche nadzieję, że zabiorę się z jakąś "prowadzoną" biegaczką.
Pierwsze kilometry w tej grupce trochę mnie irytowały, bo raz było 3:38, a raz 3:47 i miałem ochotę odpuścić. Zwłaszcza, że na zbiegach szarpali i zostawałem, a dochodziłem na podbiegach. Ostatecznie miałem wybór, pomiędzy samotnym biegiem, lub nieco za szybkim, ale w grupie. Wybrałem drugą opcję. Dyszkę zamykamy w 37:11, czyli mam już prawie minutę zapasu.

Kolejny fragment, to powrót w miejsce startu i tutaj panowała niesamowita atmosfera! Startuję już 4 lata, ale w takim tumulcie, to jeszcze nigdy biegłem! Zjadam pierwszy żel.
Gdzieś tutaj Ania mnie wyczaiła i zrobiła fotkę, ale ja jej nie dostrzegłem w tym tłumie :) 15 km w 55:57 i jest minuta zapasu.

Biegniemy wzdłuż rzeki, na chwilę skręcamy w miasto, gdzie przebiegam tuż pod drzwiami naszego hotelu i wracamy nad rzekę. Tutaj jest z wiatrem i biegnie się bardzo przyjemnie. 20 km w 1:15:02, więc dalej coś koło minuty zapasu.

Zaraz za dwudziestym kilometrem, daję pierwszą dzisiaj zmianę. Z wiatrem jest tak dobrze, że wychodzę na przód i ciągnę grupę, zamykając pierwszą część trasy w 1:19:04.

Cały czas prowadzę grupę i na 23. kilometrze dobiegamy do nawrotki. Zawracamy i tutaj wieje w twarz. Natychmiast dostałem zmianę od dwóch biegaczy i byłem pewny, że to jest właśnie taka współpraca, jaką sobie wymarzyłem :) Tutaj zjadam drugi żel. 25 km odbijam w 1:33:53, czyli utrzymuję swój zapas.

Przed nami niemal kopia trasy, którą pokonaliśmy przed chwilą, ale z drugiej strony rzeki. Znowu wykorzystuję korzystny wiatr i wychodzę na czoło grupy. Gdzieś tutaj odpadła późniejsza mistrzyni Czech i grupka mocno zaczęła się wykruszać. Na 28. kilometrze nawrotka i lecimy pod wiatr. Dostaję zmianę, ale tempo lekko spada, więc uznałem, że muszę dalej ciągnąć ten wózek i wracam na przód, mimo czołowego wiatru. Dobiegamy do słynnej trzydziestki, po której się umiera ;) Na zegarku 1:52:41, czyli nieco dorzucam do mojego zapasu.

Zostaje 12 km do mety. Teraz zaczyna się maraton! Nogi coraz cięższe, ale dalej ciągnę grupę! Mijają kilometry, a tempo nie spada! Szok i niedowierzanie :D
Żołądek już zaczyna się mocno spinać, ale postanawiam przyjąć trzeci żel, na 32. kilometrze. Kilka minut później zaczyna się masakra. Żołądek coraz mocniej kłuje, ale wiem, że muszę walczyć, bo jesteśmy już na pętli, którą poznaliśmy na pierwszych trzynastu kilometrach maratonu.
Dostaję zmianę i postanawiam trzymać plecy kolegów tak długo, jak tylko dam radę! Mijamy znacznik 35 km i odbijam 2:11:42. Dalej jest minuta zapasu!

Niestety odpadam od kolegów i zaczynam prawdziwą - 7-kilometrową bitwę!
Żołądek kłuje coraz mocniej, a każda hopka staje się bardzo trudnym podbiegiem. Skręcamy na most i kontroluję czas na 37. kilometrze. Jest 2:19:27 i powtarzam sobie w kółko - "wystarczy tempo 4:00 i mam to!". Kolejne kilometry z potwornym bólem żołądka i pod wiatr mijają w 3:51, 3:54, 3:55 a więc zwalniam, ale nie na tyle, żeby roztrwonić swój zapas. 40 km w 2:31:07 i wiem, że to się musi udać!

Ostatnie dwa kilometry trwały w nieskończoność... zbiegamy do tunelu i tutaj przynajmniej nie wieje. No ale wiadomo - zbiegliśmy do tunelu, to teraz trzeba z niego wybiec... Mocny podbieg pod wiatr, kilometr w 3:46 i zostaje 1,195 km do mety! Mam dokładnie 5 minut i 5 sekund na pokonanie tego dystansu. Żołądek boli jak cholera, ale wiem, że tego nie roztrwonię!

Skręcam w lewo i ostatnia prosta! Jeszcze tylko 500 metrów, ale już widzę bramę! Ostatni pełny kilometr odbijam w 3:55 i jestem tak szczęśliwy, że finałowe 195 metrów robię w 36 sekund, czyli w tempie około 3:00! :D
Unoszę ręce do góry, ale tylko na chwilę, bo ledwo je udźwignąłem :D
2:39:25, to poprawa życiówki o 6 minut i 15 sekund!

Mega szczęśliwy odbieram medal, a kilka metrów dalej jestem jeszcze bardziej szczęśliwy, bo widzę Anię i oczywiście od razu zataczam się ją uściskać przez barierkę! :D

Foto: Ania <3


Tak wyziębiony to nie byłem chyba nigdy, ale oczywiście ekspresowo musiałem wrzucić dla Was fotkę, bo widziałem ile gratulacji zaczyna spływać :D
Nawet nie wiecie jak ciężko coś napisać na telefonie, kiedy człowiek telepie się jak galareta :D

Po maratonie miałem konkretny zjazd. Rozbolała mnie głowa i było mi niedobrze. Marzyłem tylko o łóżku, ale najpierw trzeba było zejść po słynnych schodach od metra, które rano pokonaliśmy w górę :D To była jakaś masakra! Jakoś się doczołgałem do hotelu i totalnie zniszczony poszedłem spać. Wystarczyło z pół godzinki, żeby siły wróciły i mogliśmy zacząć Beer Party, a akurat Czechy są doskonałym do tego miejscem!


Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów