Darmowa dostawa na zamówienia już od 100 zł
Zadzwoń do nas: +48 604 117 453

Legniczanin w biegu

7. Nocny Wrocław Półmaraton - relacja Emilii


Zaraz, zaraz… Jak to się blogowało? Chyba powinnam zacząć od przywitania się z czytelnikami ;) Zatem – ja jestem Emilia i zapraszam na mój gościnny wpis na blogu Rafała z relacją z naszego wspólnego biegu podczas 7. PKO Nocnego Wrocław Półmaratonu.

Trzeba przyznać, że termin nocnej połówki jest dość specyficzny. Dla osób budujących formę zimą, planujących starty docelowe w marcu czy kwietniu, połowa czerwca raczej nie mieści się już w okresie startowym lub jest na jego granicy. W ubiegłych latach bardzo trudno było mi "przeciągnąć" formę aż do nocnego półmaratonu ze względu na zwykłe zmęczenie materiału. Jednak w tym roku termin ten wyjątkowo zadziałał na moją korzyść.

Na początku stycznia doznałam kontuzji kolana, która uniemożliwiła mi trening biegowy na niemal 2 miesiące. Kiedy w marcu rozpoczęła się fala wiosennych biegów ulicznych, ja dopiero stawiałam pierwsze biegowe kroki po przerwie i powoli wracałam do treningowego rytmu. Myślę, że powrót do biegania po kontuzji nigdy nie jest łatwym zadaniem ani dla zawodnika, ani dla trenera, jednak tydzień po tygodniu, cierpliwie realizując rozsądny plan treningowy, coraz lepiej reagowałam na trudniejsze jednostki i większy kilometraż.

Punktem kontrolnym w przygotowaniach był start w Smoleckiej Zadyszce na dystansie 10 km (atest), odbywający się tydzień przed półmaratonem we Wrocławiu. Linię mety przekroczyłam w 39'40" i tak naprawdę dopiero wtedy wraz z trenerem zadecydowaliśmy, że pobiegnę "nocny". Pomimo tego, że ostatnie zawody na dystansie półmaratońskim zaliczyłam w listopadzie ubiegłego roku, czułam się spokojna. Nie wisiała nade mną presja wyniku na życiówkę, a swoją pomoc na biegu zadeklarował Rafał.

Kto choć raz startował w zawodach odbywających się wieczorem, ten wie, jak trudny jest dzień startu. Myśli krążą wokół biegu, trzeba wyjątkowo pilnować odżywiania i przede wszystkim odpoczywać. I co tu robić? ;) Ja postawiłam na obserwację pogody z balkonu...


32-stopniowy żar lejący się z nieba przez cały dzień, na 3 godziny przed startem zamienił się w solidną burzę z ulewą. Tuż przed biegiem Matka Natura uspokoiła się, dostarczając biegaczom jedynie delikatny deszcz i pojedyncze błyski.

Punktualnie o godzinie 22:00 wyruszyliśmy na trasę z żużlowego Stadionu Olimpijskiego. Umiejscowienie startu właśnie tam dostarczyło sporo emocji, ale i problemów - pierwszy kilometr pokonaliśmy w 4:25, tracąc 10 sekund do planowanego tempa. Utworzył się bowiem zator, który jest naturalną konsekwencją wąskiej drogi, ostrych zakrętów i obecności osób ustawiających się w strefie czasowej nieadekwatnej do swoich możliwości.

Na kolejnych kilometrach sukcesywnie odrabialiśmy utracony czas, a pierwsza piątka wybiła w 21:18. Czułam się świetnie, humor dopisywał, a na trasie co chwilę witałam się z biegnącymi znajomymi. ;)

Na ósmym kilometrze powoli zaczynało pojawiać się zmęczenie. Pamiętam, że biegnąc aleją Wiśniową, próbowałam sobie przypomnieć, jak się czułam na tym etapie biegu rok czy dwa lata temu. Doszłam do wniosku, że póki co nie jest na tyle ciężko, żeby nie dowieźć tego tempa do mety. Po owej subiektywnej ocenie samopoczucia powiedziałam Rafałowi, że chcę minąć dziesiąty kilometr w 42 minuty i ani sekundy wolniej. Wielokrotnie wyrywałam się przed Rafała, bo obawiałam się, że strata z początku biegu jest zbyt duża, jednak on konsekwentnie mnie hamował, a znacznik 10 km minęliśmy w 41'57" - idealnie!

Praktycznie przez cały bieg w ogóle nie spoglądałam na zegarek. Podążałam śladami swojego "zająca", choć czułam, że przyspieszyliśmy. Byłam jednak pewna siebie i gotowa na walkę. Trzecią piątkę pokonaliśmy w 20:33.

Po minięciu piętnastego kilometra usłyszałam, jak Rafał powiedział: "kurcze, 3:56, szybko". Niedługo po tym, minęliśmy znajomego biegacza, który powiedział, że chyba będzie szybciej niż planowane 1:28 na mecie. Te cyferki trochę mnie przeraziły, zaczęłam się obawiać, że nie utrzymam tempa. Trzeba było uruchomić mocną głowę i pozytywne myślenie. Bardzo pomogli mi w tym kibice – mój mąż Grzesiek i przyjaciel Czarek, którzy dostarczyli mi solidny doping przy Galerii Dominikańskiej. W tym momencie, zapewne za sprawą dodatkowej dawki adrenaliny, nerwowo przyspieszyłam, ale Rafał ostudził mój zapał, rzucając niezwykle trafnym tekstem - "nie podniecaj się, bo mamy jeszcze 4 kilometry do mety". ;)

Bycie pacemakerem jest odpowiedzialnym i niełatwym zadaniem, zwłaszcza, kiedy prowadzi się bieg jednej osobie. Gdyby Rafał na 18-stym kilometrze się mnie zapytał, czy chcę przyspieszyć, z pewnością odpowiedziałabym, że mam już dość i nie dam rady. On sam musiał ocenić, czy będę w stanie utrzymać obecne tempo lub jeszcze bardziej przyspieszyć i na tym ta trudność polegała. Odcinek od 15 do 20 km pokonaliśmy w 20:23, a ostatnie kilkaset metrów w tempie poniżej 4:00/km. Bolało mnie już wszystko, ale było warto - 1:27:07 to mój drugi wynik w półmaratonie w życiu.

Dodam jeszcze, że w ubiegłym roku na „nocnym” zostałam najszybszą wrocławianką, a przez to, że nawet nie wiedziałam o istnieniu takiej kategorii, nie stawiłam się na dekorację. Aby uniknąć znów tej niewiedzy, w tym roku przed startem dokładnie przeczytałam regulamin, w którym nie było żadnego zapisu o kategorii mieszkańców Wrocławia - uznałam zatem, że ją wycofano. Okazało się, że… jednak była, a kiedy wyczytywano moje nazwisko (ponieważ ponownie zajęłam 1 miejsce w tej kategorii), ja już udawałam się na postartowy złoty trunek ze znajomymi. ;) No nic… do trzech razy sztuka? ;)

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów