Darmowa dostawa na zamówienia już od 100 zł
Zadzwoń do nas: +48 604 117 453

Legniczanin w biegu

Zwycięstwo w Legnicy! - Relacja z półmaratonu

Najczęściej mówi się, że "do trzech razy sztuka". Jednak w moim przypadku do pięciu. Fakt jest taki, że zrobiłem coś, o czym nawet bałbym się myśleć, kiedy 4 lata temu leżałem na boisku z masakrycznymi skurczami, po przebiegnięciu półmaratonu :)

Zanim jednak przejdę do relacji, to myślę, że warto wspomnieć o tym co się działo w ostatnich dniach przed tym startem. Od około trzech tygodni biegało mi się fatalnie. Nie kończyłem mocnych akcentów, na rozbieganiach męczyłem bułę strasznie - krótko mówiąc, w nogach jeden wielki beton. Przygotowywałem się pod 5 i 10 km, a tydzień przed półmaratonem wyszła totalna klapa - 16:59 na piątkę i byłem po tym starcie mocno wkur*** zły na siebie.

Po tej piątce pogodziłem się z faktem, że coś poszło nie tak (być może skutki lipcowej kontuzji) i bardzo mocno rozważałem, że jak nie wyjdzie mi półmaraton, to kończę ten sezon, bo starczy tej frustracji. Na domiar złego przyszedł ostatni wtorkowy akcent. W planie 3x 3 km, a wyszło 3+2+2 i to nieco wolniej niż planowałem. Wiedziałem, że jestem bez formy, ale też nie chciałem tak łatwo odpuszczać.

W ostatnie dni postawiłem na regenerację. Dużo rozciągania, jeszcze więcej rolowania, sauna i beczka lodowatej wody... i co? Odżyłem! Tempo na rozbieganiach wzrosło mi o około 20 sekund, przy dużo lepszym samopoczuciu. Podbudowałem się i zacząłem coraz mocniej wierzyć, że to może być udany start. Przez całą sobotę i niedzielny poranek, nawet przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, że może wyjść kolejny słaby start.

Przechodzimy do biegu! :)

Przed rozgrzewką jeszcze była szybka obczajka listy startowej, czy nie dopisali się Panowie zza wschodniej granicy, którzy zawsze tu startowali. Tym razem nie, więc była to dla mnie duża szansa :)
Startujemy i wiem, że nie mogę się dać ponieść, bo biegną z nami uczestnicy biegu na 10 km. Lecę swoje, stopuję samego siebie i obczajam po kolorze numerów kto mnie wyprzedza. Tylko jeden z połówki, ale nie szarpię za nim i stawiam na obserwację tegoż zawodnika ;)

Po około kilometrze doskakuje do mnie Marcin, którego obawiałem się najbardziej. Chłop z życiówką 2:33 w maratonie, ale nie wiedziałem w jakiej jest formie, bo ostatnio to biegał głównie po górach. Mówi mi, że spróbuje ze mną ile da radę, bo nie wie w jakiej jest formie. Obiecuje dawać zmiany, jeśli będzie miał na to siłę ;) Mówię mu kto przed nami jest z połówki i lecimy.

Pierwsze dwa kilometry poprowadziłem w 3:32 i 3:35. Na trzecim wyprzedzamy uciekiniera z połówki i jestem liderem z Marcinem na plecach. Na zbiegu z wiaduktu Marcin wychodzi przede mnie, ale ja zaraz wciskam się przed niego, bo chciałem to rozegrać na własnych zasadach ;) Kolejne kilometry bez historii - 3:37, 3:37, 3:36 i 5 km mamy w 17:57.

Ponownie przebiegamy przez wiadukt i ponownie na zbiegu Marcin mnie wyprzedza, ale kolejny raz wróciłem przed niego. Nie chciałem oddawać prowadzenia, bo chciałem trzymać równe, mocne i komfortowe dla mnie tempo, a nie ryzykować ewentualnych szarpnięć. Zwłaszcza, że Marcin oddychał na tyle głośno, że byłem przekonany, że on tego nie wytrzyma. Biegło mi się bardzo przyjemnie, więc mogłem sobie wypatrzeć wielu znajomych na trasie. Śmieszyły mnie tylko "podpowiedzi" mijanych biegaczy, że jestem siódmy, a żaden nie wpadł na to, że tamci biegną na 10 km ;) 

Szósty i siódmy kilometr w 3:36 i 3:34. Zrobiła się krótka przerwa i wiedziałem, że to jest idealny moment na zostawienie Marcina i samotny bieg do mety. Zwłaszcza, że tego dnia miałem idealne warunki do samotnego biegania. Podkręciłem dwa kilometry do 3:30 i 3:27, co wystarczyło do urwania rywala.

Po tym lekkim zrywie wróciłem do swojego komfortowego tempa i zamknąłem pierwsze okrążenie (10 km) w 35:42. Od tej pory już nikt nie miał wątpliwości, na którym miejscu biegnę, bo miałem przed sobą tylko policję i pilota na rowerze :)

Wiedziałem, że jak dzisiaj tego nie wygram, to chyba nigdy tego nie zrobię. Ciągle trzymałem swój rytm, a kilometry mijały równo w przedziale 3:32-3:36.

Miałem niesamowity doping na całym drugim okrążeniu. Nawet nie wiem ile razy słyszałem swoje imię :D Niosło mnie te cholernie i kompletnie nie czułem zmęczenia. Zrobiła się trochę taka runda honorowa po Legnicy :D

Na piętnastym kilometrze zamieniam jeszcze dwa zdania z babcią Ani, która stała przy trasie, a potem już zamilkłem i gnałem do mety. 15 km w 53:31.
Pilot na rowerze albo słabo ocenia dystans, albo chciał mnie motywować, bo krzyczał mi ciągle, że mam 50-60 metrów przewagi, a na nawrotce skontrolowałem i było ok. 45 sekund, czyli jakieś 200 metrów :)

Ostatni raz wbiegam na wiadukt, gdzie bardzo fajne zdjęcia robi mi Wojtek i od tej pory zaczyna robić się coraz ciężej, ale wiem, że muszę to wygrać.

Zaczynam dziwne kalkulację, czy jak zwolnię do 3:45, to jest szansa, że Marcin mnie nie dogoni. Tak sobie kalkuluję i kalkuluję, a tempo nie spada. Ciągle jest na poziomie 3:34-3:38.

Skręcam do parku i tutaj przy bardzo głośnym dopingu zmierzam na stadion, gdzie zlokalizowana jest meta. Kompletnie nie patrzę na zegarek jaki jest czas, wbiegam na stadion, świętuję prawie idąc do mety, zatrzymuję zegarek, a tutaj... 1:15:14, czyli 10 sekund do życiówki :) Szkoda, ale w sumie to olałem, bo wynik i tak na wiosnę poprawię, a radości z wygrania u siebie już nikt mi nie zabierze :)

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów